niedziela, 10 września 2017

Royal Edinburgh Military Tattoo - pokaz jakich malo!

Lato minęło mi na pracy, takiej pracy po której wraca się do domu tylko po to by iść spać. Stad brak wpisów na bloga. Gdzieś w środku tego wszystkiego, miałam okazje wybrać się na Royal Edinburgh Military Tattoo. O Tatoo juz kiedyś pisałam, tylko takim o mniejszym rozmachu, byłam bowiem w Fort George na Highland Military Tattoo a wizyte ta opisalam w poscie Baza wojskowa ktora wojny nie widziala. Rożnica pomiędzy Highland and Royal Edinburgh Military Tattoo? Pokaz w stolicy ma większy rozmach. Po pierwsze znacznie więcej ludzi przyjeżdża do Edynburga by ten pokaz zobaczyć. Pokazy odbywają sie w Sierpniu kiedy to Fringe festiwal jest w pełnym rozkwicie i ludzie tłumnie przybywają do stolicy Szkocji by uczestniczyć w tym wydarzeniu.
 
 
 
 
Jak to w Szkocji bywa cala impreza dopięta jest na ostatni guzik. Po pierwsze kolejka, ustawiam się do kolejki na dobre 40 minut przed pokazem a już sporo ludzi stoi przede mną. Część "kolejkowa" odseparowana jest od części normalnej chodnika, aby umożliwić przechodniom swobodne poruszanie się. Recz się dzieje na Royal Mile wiec nie ma tu samochodów, jedynie piesi. Trafił mi się raczej ciepły wieczór, dookoła pełno ludzi z rożnych krajów. Wszyscy zrelaksowani stoją spokojnie czekając na sygnał do ruszenia na przód. Dookoła barierek chodzą ludzie zatrudnieni do utrzymania porządku, co jakiś czas ktoś nam przypomina by się nie tłoczyć, bo miejsca są numerowane, nie ma stresu każdy siądzie gdzie miał siąść.
 
 
 

Nagle z okien budynku po lewej stronie dobiega nas głośne HELLO! ludzie podnoszą głowy i ze śmiechem odpowiadają żartownisiowi, wesołe hello od jakiś pięćdziesięciu czy więcej osób zakończone śmiechem rozbrzmiewa w powietrzu. Cały epizod umila pozytywna atmosferę. W końcu bramki zostają otwarte i ruszamy do środka, tu porada, warto wynająć sobie przy wejściu tak zwana, poduszkę do siedzenia. Tak zwana, bo z poduszka nie ma to nic wspólnego bardziej wygląda na jakąś piankę izolacyjna skrzyżowaną z deska do nauki pływania, ale jest wygodniejsze do siedzenia nic zimny plastik. Odnalezienie miejsc nie sprawia żadnych problemów, na kazdym kroku jest ktoś z obsługi kto chętnie i z uśmiechem skieruje nas we właściwą stronę. Usadowiona wygodnie, rozglądam się dookoła, po lewej stronie mam wejscie do zamku, a na przeciw i po prawej trybuny. Pokaz zaczyna się punktualnie jak miał się zacząć. Tu należy wspomnieć, ze nigdy w historii Royal Edinburgh Military Tattoo żaden pokaz nie został odwołany. A mowa tu o Szkocji, kraju gdzie zmienność pogody jest wręcz przysłowiowa.
 
 

Początkowo usiłuję robić zdjęcia, po to przecież przytaszczyłam ze sobą aparat. Szybko jednak rezygnuje z pstrykania fotek, przede wszystkim dlatego ze wole się skupić na podziwianiu. Muzyka, choreografia i aranżacja wszystko dopięte na ostatni guzik.

 
 
Nakręciłam jednak krótkie filmiki, można obejrzeć na youTube. Pierwszy pokazuje urywek z pokazu o zajezdnie Wikingów na osadę w Szetlandach. Drugi o zasadzce Jakobitow na Anglików (Czerwone Płaszcze). A trzeci nie ma korzeni historycznych, lecz również jest ciekawy i wart zobaczenia. Pod koniec robi się ciemno na chwile, to nie wina mojego telefonu tylko efekty specjalne :) Każdemu kto ma okazje wybrać się do stolicy Szkocji na pokaz serdecznie polecam, dodam jeszcze ze cały dochód z imprezy przeznaczony jest na cele charytatywne.


niedziela, 23 lipca 2017

East Fortune Muzeum Lotnictwa, czyli pokaz lotniczy ktorego nie bylo....


Kilka tygodni temu jadąc do pracy usłyszałam w radiu ze Red Arrows, o których już pisałam w poście Podniebne akrobacje, będą znów w Szkocji. Pokaz miał się odbyć w Muzeum Lotnictwa w East Fortune.  Oprócz Red Arrows, miały pokazać się na chmurnym niebie Szkocji i inne samoloty. Cały pokaz zapowiadał się ciekawie, cena biletu była umiarkowana, postanowiłam się wybrać. Cały tydzień pogoda była całkiem, całkiem, w sobotę od rana niebo się zachmurzyło. I takie zachmurzone już zostało. Po przyjeździe do East Fortune, zaczęło lać. A z głośników co chwile dobiegał uprzejmy i profesjonalny głos pana informującego zebranych (a było nas naprawdę sporo) o kolejnych odwołanych pokazach.
 

Cały pokaz został naprawdę ładnie zorganizowany, oprócz samolotów były i inne atrakcje, stare i nowe samochody, na przykład Rolls Royce przerobiony na lodziarnie na kolkach. 

Mozna tez było posłuchać silnika starego samolotu:

Gdzieś kolo 13'stej przemoknięta i przewiana zebrałam się z powrotem by na kolejne dwie godziny utknąć w korkach na obwodnicy...... no bywa.
Zdjęcia samolotów poniżej przedstawiają niektóre eksponaty z muzeum lotnictwa w East Fortune. Muzeum samo w sobie jest bardzo ciekawe, szczególnie dla fanów podniebnych akrobacji. Samoloty znajdują się w hangarach, można je wiec podziwiać w każdą pogodę!  Zdjęcia te zrobione zostały podczas pierwszej mojej wizyt w muzeum, ponad rok temu.
 
 
 
 
 
 
 

niedziela, 16 lipca 2017

Kjujewna rusza na safari ... w Anglii

 

Ostatni z serii wpisów o mojej krótkiej wyprawie do Anglii. Jedyna z atrakcji którą postanowiłam zwiedzić, a ktora nie miała nic wspólnego z historia, zamkami, starożytnymi kręgami kamieni czy rzymskimi legionami. Za to wszystko ze zwierzątkami. Park rozrywki Longleat, jest najstarszym i najbardziej znanym parkiem tego typu w Europie. Początkowo można było tu podziwiać glownie lwy na wybiegu, stad tez logo parku Longleat, przedstawiające lwa. Dzisiaj mamy tu lwy, tygrysy, lemury, strusia, słonie i wiele, wiele innych .... jednym słowem , wszystko czego szanujący się safari park potrzebuje by przyciągnąć turystów.

 
 
 
 
 
Zamiast opisywać każdą atrakcje po kolei (bo to zajęło by pol dnia) skupie się na tym co zapamiętałam najlepiej. To czym safari park rozni sie od zoo jest fakt ze w swoich zagrodach, czasmi naprawde duzych, zwierzeta chodza jak im sie podoba i gdzie im sie podoba. Na przyklad moga, jesli chca, wejsc na droge powdodujac ze auta musza omijac je dookola, po trawie.
 
 
Inna sprawa ze, nie zobaczyłam lwa. Znaczy, wiem jak lew wygląda, lwy widziałam w zoo, a także w Drummond Safari Park w Szkocji, jak sobie leżały na trawie i wyglądały na zadowolone z życia. W Longleat jednak nie miałam tej przyjemności. Widzialam tygrysa i gepardy ale nie lwa.
 
Każdy z wybiegów dla duzych kotow, dysponuje spora iloscia przestrzeni, oraz duża ilością krzaków i drzew w których zarówno tygrysy jak i lwy spokojnie mogą się ukryć przed ciekawskimi spojrzeniami ludzi. Uznałam, ze to dobrze i nie pogniewałam się na lwy, za to ze nie pofatygowały się do mnie tego dnia.
Za to zobaczyłam tyłki hipopotamów. W sumie czemu sie dziwić? Hipopotama tez da sie trzymac w zoo, ale tu hipopotamy, a raczej hipopotamice, maja do swojej dyspozycji nie basen a jeziorko. Dzieki temu podobnie jak lwy, jeśli nie zechcą to nie będą widziane.
Aby podziwiać hipopotamy należy wsiąść na mała barkę/lodz wyposażona w spora ilość miejsc siedzących, która cały dzień odbywa kursy w te i wewte. Atrakcje na łódce obejmują hipopotama, goryla staruszka, który na starość dorobił się własnej wyspy, oraz lwy morskie.
Staruszek goryl, nie lubi paparazzi i wraził to bardzo dosadnie, zasłaniając się gałęzią jak tylko nasza barka podpłynęła blisko wyspy.
 

Lwy morskie za to wcale nie przejmują się zwiedzającymi, a wręcz przeciwnie!
Radosnie witają każdy kurs lodzi,  bo znakomicie wiedza, ze zaraz uszczęśliwieni zwiedzający będą rzucać do wody male porcje rybek (£1 za kubeczek). Myliby się kto sadząc ze tylko dzieci byly zainteresowane dokarnianiem lwow morskich. Do kolejki po kubeczek, w którym znajdowała się mala szprotka lub dwie, stanęli dziarsko ludzie w każdym wieku, w tym ja. Niestety przydział na ten rejs zakończył się szybko i nie miałam okazji rzucić rybki w wodę.
Za to miałam okazje karmić sarenkę z reki.  Musze przyznać ze jest to troche dziwne doświadczenie, obserwować sarny, w naturze dzikie i nieufne stworzenia, traktujące samochody jako ruchome karmiki. Cale "stada" aut podjeżdżają na trawę, ludzie w środku wyposażeni zostają w plastikowy kubeczek zawierający sarni przysmak (£1 za kubeczek) oraz chusteczkę nasączoną środkiem do dezynfekcji. Ludzie, mniej lub bardziej cierpliwie czekają w autach, az sarna podejdzie do otwartego okna, po czym nakarmiwszy sarenkę skrupulatnie wycierają paluszki w chusteczki i odjeżdżają.
 
 

Wziawszy udzial w takiej akcji, musze przyznac ze, pyszczek sarenki jest aksamitny, przemiły i przesympatyczny w dotyku i ciesze się ze miałam okazje takowego pyszczka dotknąc.

W pewnym oddaleniu od stada innych sarenek zobaczylam matke z malym sarniatkiem, malenstwo juz na wlasnych nozkach ale nozki te jeszcze nie tak calkiem pewne. Co jakis czas sie potykalo i wolalo mame, ktora przybywszy na ratunek pocieszala malenstwo i dodawala mu odwagi.
 

Jak sarenka tak i pużka calkowicie mnie zachwyciła. Cudownie kolorowe malutkie papużki siedziały w naprawdę dużej klatce (tak duzej ze ludzie swobodnie w srodku sie poruszali, nie czujac sie jak w klatce)  przy wejściu do której młoda dziewczyna sprzedawała nektar (£1 za malutki kubeczek). Male spryciule znakomicie wiedziały ze każdy nowo wchodzący wyposażony będzie w kubeczek nektaru. Czyhały wiec nad wejściem do klatki by zanurzyć dziób w nektarze, doslownie sekundy po świeżej dostawie.
 
Klatka jest na tyle, duża ze papużki które nie maja checi na nektar mogą spokojnie udać się w inny koniec i tam albo uciąć sobie drzemkę albo wdać sie w bójkę z kumplami.
 
W ośrodku jest więcej atrakcji, miniaturowa kolejka na którą można wsiąść, ciemnia z nietoperzami, gdzie latają nam nad głowami, akwarium gdzie można głaskać rybę płaszczkę, wybieg dla piesków preriowych, wybieg dla malutkich małpek gdzie mogą również ponad głowami widzów biegać po linach. W zasięgu wzroku ale poza zasięgiem rak. I wiele, wiele innych.
To by bylo na tyle, jesli chodzi o moj wyjazd do Anglii. No i o czym ja teraz bede pisac  ;)