wtorek, 11 kwietnia 2017

Palac Falkland, domek mysliwski krolewskiego rodu Stuartow


  
Palac Falkand. Znajduje się po drugiej (nie tej co Edinburgh) stronie zatoki i wybudowano jako domek myśliwski królewskiego rodu Stuartow. Jak na siedzibę królewska w Szkocji jest raczej nietypowy. Po pierwsze nie jest zamkiem a pałacem, jego obronność wiec pozostawia wiele do życzenia. Po drugie, położony jest w miasteczku a nie poza. Miasteczko to samo w sobie jest urocze i służyło jako plan filmowy popularnego serialu Outlander.

 



O innym zamku również występującym w tym popularnym serialu i nie tylko, pisałam TUTAJ i był on również wybudowany jako domek myśliwski. A teraz oba zrobiły karierę filmowa.
 


Drewniane drzwi które prowadzą do środka zdobi niezwykła kołatka w kształcie delfina. Wewnątrz przy małym biureczku stoi za kasa starsza pani która natychmiast rozpoznaje polski język i sugeruje ze w każdym pokoju znajdują się karty opisujące po polsku co ciekawsze fakty z epoki. Od niej tez dowiaduje się ze w okolicy mieszka sporo Polaków oraz ze często turystycznie odwiedzamy to miejsce. Takie karty są bardzo użyteczne, lecz nie zawsze polski jest uwzględniony obok bardziej popularnych języków jak francuski czy niemiecki.

W pałacu znajdziemy ciekawy akcent polski, portret Matki Boskiej Ostrobramskiej (zdjęcie z internetu) podarowany po wojnie właścicielom zamku przez stacjonujący nieopodal batalion lotniczy. A wykonany został z łusek po napojach oraz pustych puszek po żywności. Twarz namalowano farba olejna. Dedykacja pod obrazem brzmi: 

My polscy spadochroniarze z 3'go batalionu oddajemy wam, ludziom z Falkland obraz naszej Matki Boskiej Ostrogskiej jako pamiątkę naszego pobytu w Falkland oraz jako dowód wdzięczności za dobroć jaka nam okazaliście. Obraz ten na zawsze oddajemy pod opiekę kaplicy w pałacu Falkland. Oby na zawsze zcementowal przyjaźń pomiędzy naszymi narodami. 
Falkland 1944r

Kustoszki wolontariuszki w pałacu są niezwykle przyjazne i jak tylko zauważają ze jesteśmy zainteresowane ich wiedza chętnie wdają się z nami w pogaduszki.

Od nich dowiadujemy się ze bogaci oszukiwali na polowaniach, bo jelenie były uprzednio zaganiane na zamknięty teren skąd nie było ucieczki. Inna paskudna rzeczą jaka robiono było zaszywanie oczu Sokołów złapanych dla sportu sokolnictwa. Oraz używanie psów jako korby do rożna. Te pieski były specjalnie hodowane i tresowane by całe życie kręcić się wkoło.

Cześć pałacu w której podziwiać można piękne meble została odrestaurowana przez właścicieli tak by wyglądać na 1600 rok. Meble i inne które tam znajdziemy są z tej epoki, można tez podziwiać przepiękne malowane sufity. Dowiadujemy się kiedy orszak królewski podróżował od zamku do zamku to zabierali ze sobą wszystko. Od sztuców po gobeliny. 15 wozów potrzeba było by załadować składane stoły, wszystkie dekoracje i loża królewskie. 12 wozów było potrzebnych by przewieźć królewskie fatałaszki. A mam na myśli 12 wozów na osobę. Czasy się zmieniają lecz kobiety nie. Wtedy tak samo jak teraz nasze ubranie świadczyło o statusie, tylko ze zamiast dyskretnej etykietki Prada, gdzieś pod kołnierzem (lub gigantycznego napisu Adidas na nogawce) noszono kryzy i suknie w których nie dało się przejść przez drzwi inaczej niż bokiem. Inna sprawa ze suknie te były raczej woniejące. Po pierwsze nie prano ich, czasami czyszczono popiołem. Ale to nie wszystko, kiedy królowa nie pozwalała swoim dworkom ruszyć się z miejsca całe godziny biedne kobiety po prostu siusiały tam gdzie stały. Nie trzeba zbyt wybujałej wyobraźni by zdać sobie sprawę ze stanu ich pantofelków kiedy tak stały w parujących kałużach.



Inna ciekawostka było krzesło kary. Dzieci jak to dzieci, nawet królewskie czasem są niegrzeczne. Co prawda na księcia nie wolno było podnieść ręki lecz wymyślono inna metodę karania za nieposłuszeństwo. Używano do tego krzesła kar. Krzesło takie wyglądało prawie całkiem jak dzisiejsze plastikowe i wysokie na których sadzamy dzieciaki do stołu. Różnica polegała na tym ze krnąbrnego księcia sadzano tam na długie godziny, gdy się znudził i zaczął wiercić to spadał na podłogę. Ot tak się karze błękitna krew.

Królowa Maria Stuart która często bywała w tym pałacu lubiła polowa, w szczególności na dziki które specjalnie dla niej sprowadzono z Francji. Szokowała tez swój dwór bowiem do polowań zakładała spodnie. Ulubiony kolor królowej który nosi na większość portretów to czerń, który sugeruje pobożność ale jednocześnie bogactwo bowiem czarne suknie były jedynymi z najdroższych. Podobno trudno było osiągnąć taki barwnik. Jeśli chodzi o cenniki z epoki to na przykład koszt loża królewskiego wynosił w przełożeniu mniej więcej tyle teraz najbardziej luksusowe auta na świecie typu Porsche. Nic dziwnego wiec ze ich nie zostawiali na zamkach gdzie zimno i wilgoć, nie ogrzewanych pomieszczeń, szybko by się z drewnianymi meblami rozprawiły.


Kiedy siadano do stołu to najpierw pożywiał się król z rodzina a pozostała cześć dworu czekała na resztki. Czasami zastanawiałam się czemu bogaci ludzie z dawnych portretów nigdy się nie uśmiechają, myślałam wtedy ze to dlatego iż pozując godzinami do portretu trudno było utrzymać radosny wyraz twarzy. Okazuje się ze najprawdopodobniej to dlatego ze mieli problemy z zębami. Po pierwsze tylko bogatych stać było na słodycze i odpychali się nimi bez umiaru, a także szorowali żeby cukrem. Innym dowodem bogactwa było zdobienie deserów złotem. Wierzono wtedy tez ze brązowy chleb jest niezdrowy.

Inne ciekawe wierzenia uwzględniają przekonanie ze psia kupa to najlepsze lekarstwo na ból gardła. Na problemy z moczeniem się nocnym należy zjeść mysz. A kiedy uderzy plaga czarnej ospy wąchać bąki ze słoika. Nikt mi jednak nie wytłumaczył jak się te bąki umieszczało w słojach? I czy słoje z bąkami w środku sprzedawano w aptekach? Kolejna myśl, czy intensywność bąka podnosiła cenę a konkretny zapach miał wiesza skuteczność? Na przykład bąki po fasoli lepsze od bąków po grochu.....? O innych podobnych ciekawostkach pisałam w poście Średniowieczne cuda wianki

Kiedy się o tym wszystkim myśli to realia tamtych czasów nagle przestają wyglądać (i pachnieć) tak różowo. A pałac gorąco polecam każdemu zwiedzającemu. Piękne miejsce, pełne bogatej aczkolwiek historii. 
 

 
p.s Na stronie internetowej pałacu znajduje się  Virtualny Spacer! Przy pomocy strzałek można przejść się można elegancko po całym pałacu i wszystko dokładnie obejrzeć :) Zapraszam! 

niedziela, 5 marca 2017

Gdzie parkowac w Dunfermline i co ma pajak do krola Roberta


 

Dunfermline słynie przede wszystkim ze swojej majestatycznej katedry, w której pochowano doczesne szczątki króla Roberta the Bruce. Robert the Bruce, zwany tez Walecznym Sercem lub Dobrym Królem Robertem zapisał się złotymi zgłoskami w sercach Szkotów z racji walk jakie prowadził z Anglia o niepodległość tego kraju.

Walki te zajęły to wiele lat i przyniosły Szkocji nie tylko upragniona niepodległość ale także sławna deklaracje z Arbroath, która jest, jednym z najważniejszych dokumentów w historii Szkocji. Spisana w 1320 roku w formie listu i wysłana do papieża Jana XXII, deklaracja ta do tej pory budzi emocje. Niektórzy historycy twierdza ze była tylko sprytnie spisanym dokumentem, którego celem było wykręcenie się od uczestnictwa w organizowanej przez papieża krucjacie. Oraz usankcjonowaniu dalszych walk z Anglia o niepodległość Szkocji. Inni uważają ze był to przełomowy dokument i na jej podstawie spisano później deklaracje niepodległości stanów zjednoczonych.

Król Robert znany jest w Szkocji również dzięki legendzie o pająku. Podobno po sześciu porażkach jakie poniósł w walkach z Anglia, król Robert schronił się w górach, gdzie rozważał swoje dalsze posunięcia. Pewnego dnia zauważył pod sufitem pająka który starał się uprząść siec pomiędzy belkami. Pająk w swych staraniach sześciokrotnie zawiódł, przyglądający mu się Robert pomyślał, jeśli to stworzenie się nie poddaje to może i ja nie powinienem? Postanowił więc swe dalsze kroki zawierzyć losowi i postanowił ze jeśli pająk spróbuje po raz siódmy i nie zawiedzie to i on podejmie kolejna probe w swych zmaganiach.

Jest to oczywiście tylko legenda, prawdopodobnie stworzona przez sir Waltera Scotta około 1827 roku. W rzeczywistości jednak, historia ta o ile w ogóle jest prawdziwa to zdarzyła się bliskiemu współpracownikowi Roberta, sir Jamesowi „Czarnemu” Douglasowi. Sir James podobno obserwował pająka w swoim ogrodzie. Stworzonko 12 razy spadało na ziemie i dopiero za 13 razem zdołało dostać się na gałąź. Zainspirowany pajęczym uporem sir James podobno miał ukuć pierwotna wersje znanej do dziś frazy, jeśli ci się nie powiedzie po raz pierwszy to próbuj i próbuj i próbuj i próbuj do skutku.
Dla odwiedzających katedrę Dunfermline, dobra rada, zaparkujcie w parku! Brzmi to jak masło maślane, ale w tym szaleństwie jest metoda, a raczej nauka jaka ja pobrałam podczas swej wyprawy. Przywykła do wygód jakie oferowały mi dotychczas zwiedzone zabytki, podjechałam po prostu pod sama katedrę, oczekując tam dogodnego parkingu. Tylko po to żeby się przekonać ze pod katedra parkingu nie ma. Jest owszem możliwość zaparkowania na ulicy, ale ogranicza pobyt do godziny. Wrzuciwszy więc drobne do parkomatu pędem pognałam do katedry. Nawet w pospiechu powodowanym presja czasu trudno mi było nie zachwycić się niezwykłym budynkiem. Miałam szczęście ze oprócz mnie nikogo tam nie było, cisza panująca wewnątrz katedry dodawała jej tylko powagi i szlachetności.

 
 
 

Historia katedry sięga az do 11'go wieku kiedy królowa Małgorzata zona króla Malcoma III'go w 1070 roku, ufundowała klasztor. Ich syn król David I'szy klasztor rozbudował i poniósł jego range do opactwa. Oboje królowa Małgorzata oraz król David spoczywają w starszej części katedry. W nowszej ufundowanej przez króla Roberta pochowane są jego szczątki.


 

Ciekawostka jest ze serce króla Roberta nie zostało pochowane w Dunfermline. Po jego śmierci w 1329 roku serce jego zostało zabrane na krucjatę do ziemi świętej, po czym zgodnie z życzeniem króla pochowane w opactwie Melrose. Zdjęcia opactwa zamieszczone poniżej pochodzą z innej wyprawy kilka lat temu. 




Zwiedziwszy majestatyczny budynek, świadoma upływu czasu, świńskim truchtem pognałam do pozostałości pałacu po drugiej stronie placu.
 
 
W lepiej zachowanej części pałacu, znajduje się bardzo wąska i bardzo zakręcona klatka schodowa. Jej odpowiedniczkę widziałam w opactwie Inchcolm o którym pisałam w poście "Inchcolm Abbey, czyli z wizyta u mnichow".  Zobaczywszy tyle z pałacu ile mogłam, odjechałam szukając czegoś innego co można by zwiedzić i tak dotarłam do parku. Gdzie, jak się przekonałam, można zaparkować za darmo i spokojnie spacerkiem dojść do katedry oraz pałacu na zwiedzanie. Cóż, człowiek uczy się na doświadczeniach. Park polecam również sam w sobie, jest bardzo ładnie utrzymany, znajdują się tam tajemnicze zakamarki, cala masa oswojonych wiewiórek, które jakbym miała coś do jedzenia to pewnie mogłabym karmić z reki oraz malutka palmiarnia.
 
 
 
 
 




niedziela, 12 lutego 2017

Jednorozec, w swietle reflektorow.

 

Wikipedia twierdzi ze to Jakub VI ustanowił jednorożca narodowym zwierzęciem Szkocji, głównie po to żeby pobić walijskiego smoka. Inne źródła twierdza został wybrany na herbowe zwierze Szkocji około roku 1300'go, przez króla Roberta the Bruce, tak tego samego który w filmie Braveheart (reżyseria i główna postać Mel Gibson) został tak niepochlebnie przedstawiony.

Pytanie brzmi, czemu wybierać mityczne stworzenie, jako przedstawiciela swojego kraju? Według tego co czytałam, to po pierwsze dlatego ze jednorożec reprezentuje sobą wiele szlachetnych cech, takich jak odwaga, duma. Inteligencja, niewinność, moce lecznicze, radość a także co najważniejsze, kiedy go wybierano to podobno wierzono w to, ze jednorożce istnieją naprawdę. Dowodem na to może być autentyczna książka kucharska z czasów średniowiecznych, która podaje przepisy gotowania mitycznych zwierza, w tym jednorożca.
Cofnijmy się jednak do początków, o jednorożcach słyszano już w 3.500 lat przed nasza era w Babilonie, po czym pogłoski o nich pojawiły się tez w starożytnej Grecji i Rzymie. Arystoteles pisał o nich w książce Indica która opisywała zwyczaje stadne jednorożca. Jednakże, przypuszcza się iż opisywanym zwierzem raczej był indyjski nosorożec. Pisał o nich także Pliniusz Starszy, historyk i pisarz rzymski, w swojej Encyklopedii historii naturalnej. Tu należy jednak zaznaczyć ze słynął on z tego, ze nie sprawdzał dokładnie pogłosek które usłyszał. Przykładowo, usłyszał gdzieś kiedyś o plantacjach bawełny. Opisywał je wiec jako pola na których rosną sobie na krzaczkach jagnięta. Smętnie zwisając z łodyżki porastają bawełna którą się następnie zbiera. 
 

Biblia również wspomina o jednorożcach, opisuje je jednakże jako Oryxy, antylopo podobne zwierzęta które czasami rodziły się z jednym tylko rogiem. Znacznie ciekawiej prezentują się jednorożce z Azji. Podobno jeden z imperatorów Północnej Korei takowego dosiadał I odnaleziono nawet na to dowody w jego grobowcu. Z tym ze tamtejsze jednorożce nazywano Qilin I według niektórych źródeł, przypominały lwa z rogami bardziej niż cokolwiek innego. Tu należy dodać, Qilin mogl mieć jeden, dwa a nawet trzy rogi, ze. Problem tkwi w tłumaczeniu, słowo to oznacza bowiem mityczna istotę, azjatycki jednorożec może być równie dobrze smokiem lub jakakolwiek inna hybryda. 
 



Ponieważ nikt tak do końca nie wiedział jak jednorożec wyglądał to w wyobraźni ludzkiej przybrały one cokolwiek dziwne kształty. Wedlug starożytnych rzymian jednorożec był masywnym stworem z wielgachnymi kopytami I czarnym rogiem. Następne wcielenia jednorożca przyjęły formę konia z głowa jelenia, kopytami owcy i nieodzownym rogiem. W niektórych podaniach jednorożce były duże w innych za to malutkie, wielości kozy lub dzika.


Według wierzeń jednorożec nie bal się żadnego stworzenia i był naturalnym wrogiem lwa. Domniemana niechęć jednorożca do lwa była ponoć jednym z powodów dla których wylądował na herbie Szkocji, wiadomo bowiem ze lew jest herbowym zwierzęciem Anglii. Wiadomo również jak za czasów Roberta the Bruce, Szkocja zapatrywała się na angielskie rządy. 
 
Jednorożec słynął z nieokiełznanego temperamentu i naprawdę paskudnego charakteru, podobno było niemożliwością złapać go żywcem, dlatego na herbach przedstawiony jest w łańcuchach, był to bowiem jedyny sposób by go otrzymać w ryzach.

Ponieważ jednorożec był stworzeniem magicznym jego róg miał stanowić lekarstwo przeciwko truciznom. Jego róg sprzedawany był władcom i możnym średniowiecznego świata za ogromne pieniądze. To właśnie dzięki tym rogom wiara w jednorożce się tak szeroko rozpowszechniła. Jeśli ma się dostęp do „autentycznego” rogu jednorożca, który kosztował więcej niż budowa zamku to naprawdę trudno w nie nie wieżyc.

Niestety jednorożce nie istnieją naprawdę, za to zapewniam wszystkich ze Świnkorożce, jak przedstawiona na rysunku poniżej Rebecca, istnieją i maja się dobrze ;)

 p.s inspiracje do tego wpisu pochodzi od Elki, znajdziecie ja na elkiblog.pl

poniedziałek, 6 lutego 2017

Z cyklu kobiety niezwykle, Grace O'Malley krolowa piratow

Rzecz się dzieje w Irlandii, około roku 1530'go przychodzi na świat dziewczynka. Corka Eoghana  Dubhdar Ó Máille, wodza klanu i jego zony Margaret luv Maeve Ó Máille.
Grace od dzieciństwa fascynowało morze i podobno miała, podobnie jak jej ojciec, dar przewidywania pogody. Bardzo tez pragnęła się z nim zabierać na morskie wyprawy. Rodzice wiedząc ze wyprawy te często okraszone są potyczkami na morzu, zgodnie oponowali przeciwko taki pomysłom.
Według jednej z legend matka Grace stwierdziła ze żegluga to nie życie dla młodej damy. Według innej ojciec jej stwierdził ze długie włosy dziewczynki będą się wplątywać w olinowanie statku.
 
Jakkolwiek było naprawdę, Grace by popłynąć z ojcem w rejs postanowiła włosy obciąć na krotko. I tak zyskała przydomek „Gráinne Mhaol” w luźnym tłumaczeniu, Grace Bezwłosa.

Kiedy dziewczyna osiągnęła dojrzały wydano ja za mąż za Donalla O’Flaherty’ego, z którym miała dwóch synów i córkę. Małżeństwo to było posunięciem politycznym i połączyło dwa silne rody z których każdy miał pokaźną flotę. Donall, słynął z temperamentu a Grace przy jego boku, rozwija umiejętności i budowała swoja flotę. Kiedy małżonek zginął walcząc z angielskim klanem Joyce'a o Zamek Koguta. Grace pomściła śmierć męża a zamek odebrała. Od tego momentu miał zwać się Kurzym Zamkiem.  Niestety wedle prawa Irlandzkiego nie mogła po mężu dziedziczyć, musiała wrócić wiec na posiadłości rodziców. Jednakże wraz z Grace odeszła tez znaczna cześć floty O'Flahertych, bowiem kapitanowie zdarzyli nauczyć się, ze Grace była znakomitym i nieustraszonym przywódcą. W późniejszych latach wychodzi po raz drugi za mąż, celem tego małżeństwa było rozszerzenie wpływów i floty. Zawarte według prawa irlandzkiego mogło zostać legalnie zakończone po roku i przetrwało dokładnie 12 miesiecy. Po upływie tego czasu, Grace po prostu wystawia walizki męża za próg.
O przygodach Grace i jej wyczynach krążą przeróżne legendy, według jednej z nich powiła na morzu syna. Godzinę po porodzie jej okręt został zaatakowany, a Grace stanęła na czele swojej załogi i nie tylko obronili statek ale także wzięli wroga jednostkę do niewoli.
Flota Grace rosła w sile i miała wyrobiona reputacje, szczególnie wśród anielskich kupców którzy często padali ofiara regularnie pobieranego myta, za wpływanie na "wody królowej piratów".

Podziwiana w Irlandii miała, raczej kiepska opinie na ziemiach królowej Elżbiety I. Irlandia została, na papierze, przyłączona do Anglii za panowania Henryka VIII'go i Irlandczycy nie czuli się się szczególnie oddani królowej. W 1584 roku gubernatorem prowincji Connchat został sir Richard Bingham, kory postanowił raz na zawsze rozprawić się z Irlandzka królową piratów. Zdołał porwać syna Grace, skonfiskował jej włości i zaanektował flotę. Grace syna nie zdołała odzyskać, zginał w niewoli. Za jakiś czas zawzięty sir Bingham bierze w niewole jej młodszych młodszych synów Grace. Czując ze siłą nic tu nie wskóra Grace udaje się na dwór królowej Elżbiety I, gdzie spędziła kilka miesięcy. W tym czasie przeprowadzono dochodzenie mające na celu ustalenie czy Grace jest, jak twierdził Bingham, awanturnica i złodziejem. W wyniku tego dochodzenia większość zarzutów odrzucono i Grace mogła wrócić do Irlandii.

Według legendy, podczas wizyty królowa Elżbieta, polubiła Grace, jej odwagę i inteligencje, wbrew swoim doradcom wydala rozkaz by uwolnić jej synów i wypościć flotę. Nie od razu sir Bingham posłuchał rozkazu swej władczyni, lecz próbował kolejnych niecnych podstępów by dręczyć Grace. Jednakże zwróciła się ona znów do królowej i przeciwko baronowi podjęto śledztwo. Obawiając się ze wynik tegoż dochodzenia będzie dla niego niekorzystny uciekł on do Anglii, gdzie został ujęty i uwieziony.
Podobno Grace umarła w tym samym roku co królowa Elżbieta I czyli 1603. Postać jej owiana jest legenda, jednakże jeśli skupić się jedynie na faktach z jej życia, to wylania się z nich inteligentna i charyzmatyczna kobieta. Która nie tylko wiedziała czego chce ale tej jak to uzyskać. Znakomicie znała kruczki prawne i używała ich na swoja korzyść. Prawdziwa królowa piratów.

niedziela, 22 stycznia 2017

Jo, ho ho i butelka rumu, czyli z zycia Pyratow.

Wciągnęłam się ostatnio w serial pod tytułem "Czarne Żagle" o piratach, naturalnie. W tej produkcji postacie historyczne, mieszkają się z postaciami fikcyjnymi. Mamy wiec Kapitana Flinta oraz Johna Silvera z Wyspy Skarbów obok Czarnobrodego, kapitana Vain czy Jacka Rackchmana. Ci ostatni to prawdziwi piraci którzy żyli i grabili w złotej epoce piractwa circa 1650 do 1730.


Oglądnąwszy kilka odcinków zaciekawiłam się tym jak to naprawdę z tymi piratami było i dawszy nura w przepastne odmęty internetu wyłowiłam kilka interesujących faktów.

Kapitan na pokładzie statku pirackiego władze absolutna posiadał jedynie w czasie bitwy. Resztę czasu na statku rządziła demokracja. Po pierwsze samego kapitana wybierano w drodze głosowania i można było go z tego urzędu usunąć. Także cel wyprawy łupieżczej, podział łupów czy nawet to czy jeńców zabić czy nie, było poddawane głosowaniu. Kapitan, co prawda dostawał do dyspozycji sporą kabinę, ale musiał się liczyć z tym ze reszta załogi mogła tam w każdej chwili wejść by pożyczyć jego zastawę stołową czy poczęstować się obiadem.

Kodeks piracki istniał naprawdę i był spisywany przy wyborze nowego kapitana, lub przed wyruszeniem na wyprawę łupieżcza. Określał on nie tylko procentowy udział, każdego członka załogi w łupach, ale również kary za nie przestrzeganie kodeksu i inne aspekty życia na statku. Na przykład w kodeksie kapitana Barthelemew Robertsa czytamy ze światła (lampy oliwne i świeczki) należy gasić o godzinie 20, a jak kogoś suszy ten niech śmiga na pokład, by tam w zimnym świetle gwiazd oddawać się libacji. Ten sam kapitan zakazał hazardu pieniędzmi na pokładzie statku. Kodeks był podpisywany przez każdego członka załogi.

Piraci mieli w użyciu, bardzo uproszczona wersje polisy na życie. Określała ona (i to również było określone w Kodeksie) ile sztuk złota/srebra wypłacane będzie niefortunnej ofierze walk morskich. Mowa tu o utracie którejś z kończyn lub urazie typu utrata oka. Jak się łatwo domyślić za utratę ręki wypłacano więcej niż za utratę palców czy wspomnianego już oka. Cieśla pokładowy przeprowadzał operacje amputacji. Noga była odpiłowywana przy pomocy dostępny narzędzi, piła która do tego celu używano była raczej mało precyzyjnym narzędziem, wiec razem z zainfekowana częścią ciała, pod nóż szlo sporo zdrowego.




Piraci pili na umór. Rum i grog były łatwiej dostępne na pokładach ich statków niż porządne jedzenie. Tak naprawdę alkohol był traktowany jako lekarstwo na wszystkie choroby od przeziębienia po szkorbut. Pomagał chronić się przed zimnem i dawał chwilowe zapomnienie o niewygodach podróży morskiej. A kto nie pił traktowany był podejrzliwie przez kamratów.

Proces łupienia zdobytego statku mógł trwać nawet do dwóch dni. Piraci bardzo starannie ogałacali zdobyta jednostkę ze wszystkiego co miało dla nich wartość. Czyli, jedzenie, woda, alkohol, zapasowe ożaglowanie i olinowanie czy inne niezbędne okrętowi części zamienne. Skrzynie za złotem naturalnie były ulubiona forma łupów, ale realistycznie rzecz biorąc, najczęściej zdobywano beczki z tytoniem oraz bele z bawełna.

Kobiety nie miały miejsca na pokładach pirackich okrętów. Niektóre jednak się decydowały na trudy życia w marynarce i pod przebraniem zaciągały się na jednostki handlowe lub wojskowe. Było to możliwe gdyż wbrew powszechnym wyobrażeniom marynarze, w tym piraci, chodzili ogoleni. Wyjątek stanowił sławny Czarnobrody. Z dzienników pokładowych wyłaniają się wiec historie takie jak Mary Anne Arnold, która zaciągnęła się w przebraniu mężczyzny na okręt i dość długo tam funkcjonowała aż wpadła, kiedy kapitan jednostki obserwując rytualne golenie się załogi, uznał ze chyba coś za gładko jej to wychodzi. Kapitan ten napisał w swoim dzienniku, ze “panna Arnold była jednym jego najlepszych żeglarzy. Zawsze pierwsza i bez gadania wykonywała najcięższe i najtrudniejsze prace, takie jak zwijanie żagli podczas sztormu”. Co się dalej z nią stało tego nie wiem, zakładam ze została odesłana na lad. Inna sprawa ze jednostka handlowa to nie statek piracki. I tak o kobietach piratach mało się słyszy. W złotej erze piractwa udokumentowano tylko dwa takie przypadki. Oba na statku kapitana Rackchama. Pierwsza to Anne Bonny, która była z kapitanem w stosunkach intymnych i zostawiła dla niego męża. A druga została przez niego przejęta wraz z reszta załogi uprzednio zdobytej jednostki. Znajdowała się tam w oczywiście w przebraniu mężczyzny. Nazywała się Mary Reed. Obie damy wyróżniały się raczej bojowymi charakterami i kiedy statek Rackchama został przejęty a załoga się poddała tylko one uzbrojone po zęby chciały się stawiać opór.
  

niedziela, 8 stycznia 2017

Post zalatujący ryba, czyli co sie w wodzie pluska....

Pierwszy wpis w nowym roku zainspirowały andaluzyjskie ogiery, po przeczytaniu o nich w Kurniku, przypomniałam sobie pewien swój rysunek, sprzed kilku lat. Rysunek przedstawiający konika morskiego.

Konik morski jest przedziwnym wybrykiem natury, bowiem jak na stworzenie które żyje w morzu konik morski bardzo kiepsko pływa. Poruszając się w pozycji pionowej i dysponując tylko jedna płetwa napędowa, bardzo niepraktyczne umocowana z tylu, konik morski nie popłynie daleko i żyje na granicy wyczerpania. 
Matka natura, jakby dla żartu, skrzyżowała go z kangurem oraz saksofonem, wyposażając go w kieszeń w której  przychodzą na świat młode oraz "trąbkę" na pyszczku, przez która nieustannie zasysa pokarm. Nie wyposażyła go za to w żołądek. Ani jakieś konkretne środki obrony przed drapieżnikami. Ma jedynie chwytliwy ogon który służy mu jako kotwica oraz zdolności maskowania się. 
Konik morski podobnie jak łabędź jest monogamiczny. Codziennie rano wita swoją partnerkę ukłonem a potem tańczą. Skończywszy poranne, pląsy para koników morskich ignoruje się przez resztę dnia. Poniżej rysunek klaczy morskiej.

Kiedy już, w poszukiwaniu natchnienia, zaczęłam grzebać na dnie oceanu to wyciągnęłam na powierzchnie stworzenie które po angielsku nazywa sie Hairy frogfish, a co ja żartobliwie przetłumaczyłam na włochata zaboryba. Tak naprawdę stworzenie to nazywa się żabnica lub nawędem. Jego rodzina jest dość bogata w raczej przerażające stworki i być może dlatego niektórzy nazywają go Diabłem Morskim. Nie taki jednak diabeł straszny jak go malują i podobno bardzo smaczny, przez co gatunek ten jest na granicy wyginięcia. Człowiek bowiem, nie zważając na opakowanie, lubi smacznie zjeść. Wracając jednak do włochatej zaborybki.

W przeciwieństwie do konika morskiego włochata zaboryba jest znacznie mniej sympatycznym mieszkańcem oceanów. Również kiepsko pływa, raczej chodzi, poruszając się na swoich dziwnych płetwach wyposażonych w stawy. A kiedy nie spaceruje po dnie morza, to siedzi przyczajona z wędka i łowi ryby. 
Wyposażona bowiem została w szczególna odnóżkę przymocowana nad głowa, koniec tej odnóżki przypominać może  mała rybkę lub krewetkę.  Ta  przynęta dynda sobie przed sama paszcza zaboryba. Kiedy jakaś naiwna rybka, zwabiona fałszywym pokarmem, podpłynie dostatecznie blisko wtedy żaboryb skacze nagle z szeroko rozwarta paszcza i połyka ofiarę. Ciekawostka jest, ze aczkolwiek stwór ten chodzi powoli i marnie to za to skacze super szybko.

Włochaty zaboryb, w przeciwieństwie do konika morskiego, za nic ma sentymenty i słynie z tego ze potrafi spałaszować  samice własnego gatunku,  która została zbyt blisko niego po skończonych igraszkach. No i nie jest pokryty włosami, te dyndające dookoła niego odrosty to sa setki cieniutkich formacji kostnych, takich jakby kregoslupikow, tak delikatnych ze przypominają włosy. Ich funkcja to zapewnić zaborybowi kamuflaż. 

Ostatnim stworzeniem na dziś jest Catfish. Czyli sum. Nazwę swą zawdzięcza sumiastym wąsom które podobno przypominają kocie wąsiki. W języku współczesnym określenie Catfish oznacza kogoś kto, aby urozmaicić sobie życie miłosne, stworzył sobie jedna lub kilka, fałszywych osobowości internetowych. 
Ponoć geneza tej nazwy wywodzi sie to z faktu ze kiedyś mięso suma było dodawane jako wypełniacz do innej potrawki z ryby. I skutecznie "udawało" inna droższa rybę na talerzu. Inna tlumaczenie z jakim sie spotkałam, to takie ze eksporterzy dorsza by zapobiec jego zgnusnieniu w transporcie, co odbijało sie na jakości mięsa, wrzucali do beczki z dorszem jednego suma. Sum, jako naturalny wróg dorsza, wywoływał w nich panikę, ciągle sie wiec ruszały. Dzieki temu docierały na miejsce i talerze w świetnej formie fizycznej, znakomicie smakując. Tłumaczy sie to tak, sum utrzymywał dorsze w stanie uważności oraz strachu i to samo robi dla użytkowników internetu (szczególnie tych randkujacych) Catfish. Trzeba bowiem być bardzo uważnym, gdyż za każdym profilem może czaic sie sumiasty udawacz - Catfish.


P.s. zdjęcia Hairy frog fish i filmiki z tańczącym konikiem Morskim można obejrzeć w necie. Z przyczyn technicznych (awaria sprzętu) pisze ten post z telefonu. I mam tu bardzo ograniczone opcje edycji.